To był deszczowy, listopadowy poranek w Warszawie, kiedy Marzena M. (52 l.) siedziała na kuchennej podłodze i płakała. W dłoni wciąż kurczowo ściskała smycz. Jej labrador Reks leżał obok, wpatrując się w nią wielkimi, brązowymi ślepiami – jakby czuł, że coś jest nie tak.
– Po prostu nie dawałam już rady – wspomina dzisiaj Marzena. – Reks tak mocno szarpnął na smyczy, że potknęłam się i upadła. Jedna z przechodzących osób zapytała mnie, czy w ogóle radzę sobie z tak dużym psem. W tamtym momencie pomyślałam: „A może ona ma rację?”.
Czego Marzena wtedy nie wiedziała: nie była w tym sama. Tysiące właścicieli psów w Polsce każdego dnia zmaga się z dokładnie tym samym problemem – a wielu z nich jest już na skraju poddania się.